Praca na etacie, dzieci czy własna firma, ogarnianie miliona spraw naraz. Ciało przypomina o sobie częściej, niż byś chciała, a ruch ląduje na końcu listy rzeczy do zrobienia.
To jest miejsce dla takich kobiet jak Ty.
Mam na imię Agnieszka. Część osób kojarzy mnie jako CEO Pani od Pilatesu, bo założyłam tę markę i na co dzień tam uczę oraz tworzę rzeczy związane z ruchem.
Tutaj chcę jednak być sobą. Taką, która też się spina, też ma gorsze dni, potrafi przesunąć trening i zna na pamięć mechanizm w stylu “jeszcze tylko dokończę tę jedną rzecz”.
Na pilates trafiłam przypadkiem, wiele lat temu, kiedy obraziłam się na sport. To mój partner zabrał mnie na pierwsze zajęcia. Pierwszy raz od dawna poczułam, że moje ciało nie jest tylko narzędziem do ogarniania życia, lecz czymś, o co mogę się naprawdę zatroszczyć. Z czasem zorientowałam się, że pilates uczy mnie dwóch rzeczy naraz. Po pierwsze, że można zwolnić. Po drugie, że zaufanie do własnego ciała przekłada się na zaufanie do siebie w ogóle.
Dzisiaj uczę pilatesu oraz uczę innych, jak uczyć. Za mną jest sporo godzin kursów i pracy z ludźmi, lecz nie chcę zaczynać od listy dyplomów. Ważniejsze jest to, że lubię, kiedy ruch jest mądry, prosty do zrozumienia oraz dopasowany do prawdziwego życia, a nie do idealnego grafiku.
Poza pilatesem jestem osobą, która ma trzy psy, spędza wolny czas w stajni, najlepiej odpoczywa blisko natury oraz regularnie kłóci się z własnym perfekcjonizmem. Jestem też introwertyczką w ciele ekstrawertyka.
Lubię patrzeć na siebie nie tylko przez pryzmat tego, co robię zawodowo, dlatego ten Substack nie będzie tablicą ogłoszeń Pani od Pilatesu. Bardziej dziennikiem kogoś, kto pracuje z ruchem, sam się nim ratuje oraz po drodze popełnia wszystkie możliwe ludzkie błędy.
Jest też coś, co mocno mnie wkurza w świecie pilatesu. To moment, w którym staje się on kolejnym produktem do sprzedania. Ładne ćwiczenia ustawione pod kadr, programy, które obiecują, że w tydzień naprawią Ci życie, język w stylu “musisz, powinnaś, ogarnij się”. Lubię pilates za to, że jest dla prawie każdego, nie za to, że dobrze wygląda na zdjęciach. Mam poczucie, że im więcej jest trendów, tym mniej jest realnej rozmowy o tym, jak się w ogóle czujemy w swoich ciałach.
Tutaj chcę robić dokładnie odwrotnie. Mniej presji, więcej ciekawości. Mniej haseł “bądź lepszą wersją siebie”, więcej przestrzeni na zobaczenie, co się zmienia, kiedy dajesz sobie odrobinę uwagi. Nie obiecuję idealnego planu na życie. Bardziej towarzystwo w dochodzeniu do tego, dlaczego ciało czasem krzyczy, kiedy my uparcie mówimy, że wszystko jest w porządku.
Pojawią się proste ćwiczenia oraz małe zadania do wplecenia w dzień, tak, żeby ruch był dla Ciebie, a nie przeciwko Tobie, oraz żeby nie był kolejnym punktem do odhaczania w aplikacji.
Od czasu do czasu zajrzę też za kulisy mojej pracy w Pani od Pilatesu, bo to duża część mojego życia.
Jeśli ten tekst z Tobą rezonuje, możesz po prostu zostać tu na dłużej.